Najnowsze Posty

Z PAMIĘTNIKA MAMY - O dziecku, które bało się samo jeść

By 20:18 , ,


Że Jaś jada wszystko, to dla Was zapewne żadna nowość. Że dużo i chętnie – podobnie. Ale, że ciągle mamusinymi rękoma – to zupełnie coś innego. Tak. Mieliśmy z tym ogromny problem, bo Janek wydawał się … bać samodzielnego jedzenia.

Początkowo cieszyliśmy się, że w przeciwieństwie do swoich rówieśników, nie bierze on do ust plastikowych, małych zabaweczek, kamyczków na placu zabaw czy innych fantów, które w panice wyciągali swoim pociechom nasi znajomi. Nie musieliśmy się martwić, że się przydławi, że podczas wizyty u dziadków sięgnie po słodycze, czy zje coś niebezpiecznego. Zero problemów. Do czasu. Bo od jakiejś chwili zaczęło nam to nieźle uwierać.

Nagle spostrzegliśmy, że brzdące, które wcześniej chwytały rzeczy niejadalne i niepotrzebne, teraz z łatwością karmią się same. Od momentu gdy my próbowaliśmy nauczyć tego Jaśka, natrafialiśmy na same schody. Synek podejmował wprawdzie nieśmiałe próby zabawy z talerzem, wielokrotnie wyciągał w stronę jedzenia swoje łapki, rozrzucał ziemniaki, rozcierał, grzebał w nich łyżeczką, ale nijak nie potrafił (i nie chciał!) tego wsadzić sobie do papki. Jednym słowem - wykazywał wszystkie normalne odruchy prowadzące do usamodzielnienia się w jego wieku, ale tak jakby - bał się pójść z tym wszystkim na całość. Potrafił nawet chwycić mnie za rękę, pokierować w stronę wybranego obiektu, a następnie …zmusić bym go tym nafaszerowała. Zonk.

Ile to razy dzieliłam chleb, owoce, warzywa na małe kawałeczki i układałam na kolorowych talerzach, ustawiałam na stoliku zaraz obok wody. Wciskałam to potem w siebie na siłę by widział jakie to proste. To „samojedzenie” sobie. Nic z tego. Jaś beczał w głos i nie przyjmował żadnych mamusiowych zmian. Kompletna kapitulacja.

- No cóż. Przynajmniej wszystko je. Kiedyś się przecież nauczy – wzdychałam i tłumaczyłam sobie, że będzie przecież lepiej. Dzieci są takie różne. Dopiero podczas pobytu w Szwajcarii uświadomiłam sobie, że za bardzo idziemy mu na rękę. Chrzestna bąbla była bowiem mega zdziwiona, że butelkę z mlekiem, wodą, podajnik na owoce czy musy w tubce potrafi aplikować sobie sam, a chlebem czy fasolką do buzi nie celnie. Ba! Nawet ukochane malinki z dziadkowego ogrodu, sprawnie chwycone w małą rączkę, nie były w stanie dotrzeć do celu. Bek.

Z pomocą przyszły tamtejsze miękkie bułeczki (pain au lait). Choć może i nie najzdrowsze i nie najprawdziwsze, zapewne to one skusiły Jaśka do własnych odkryć. Wcinał je tam bez opamiętania – aż trzeba było go ostro miarkować. Po powrocie do domu, nagle odkrył, że długi chrupek kukurydziany lepiej smakuje z własnej rączki, a posmarowana masłem kromka chleba wcale nie gryzie. A dzisiaj …

TAK. Na zdjęciu poniżej to kalafior i brukselka. Bez większych nadziei położyłam je poćwiartowane na talerzyku. Wróciłam do swoich zajęć i kątem oka go obserwowałam. Nagle … BINGO! Mój mały, wielki mężczyzna. Nareszcie! Morał? Nigdy się nie poddawajcie! Każdy maluch jest inny. Każdy ma własne tempo. Do każdego trzeba mieć inne podejście. Cierpliwości i wiary. Tego Wam dziś życzę kochani Rodzice Powodzenia.

PS A u Was? Poszło szybko czy nieco gorzej? Bawiliście się w BLW? 



CHCESZ NA BIEŻĄCO OTRZYMYWAĆ NOWĄ PORCJĘ TEKSTÓW I PRZEPISÓW?
POLUB MNIE NA FACEBOOK-U

You Might Also Like

8 komentarze

ZOBACZ RÓWNIEŻ