Najnowsze Posty

Z PAMIĘTNIKA MAMY - Mali niedorośli

By 09:54 , ,


Mocno wierzę, że dobro które się inwestuje, wraca w przyszłości z nawiązką. To co wypracujemy teraz, w jakimś stopniu znajdzie swoje odzwierciedlenie w latach późniejszych. Z takim też mottem podchodziłam do kwestii rozszerzania diety naszego Synka, a obecnie – do jego codziennego żywienia. I choć nie zawsze w 100% kierowałam się wszystkimi ogólnymi wytycznymi, każdy kolejny krok robiłam stopniowo, z wyczuciem i ściśle dopasowywałam go do charakteru żywieniowego Jasia.

Wprowadzanie nowych produktów nie było dla nas niczym specjalnie trudnym – o czym pisałam przy okazji poprzedniego swojego tekstu. Obce były mi łzy niechęci, kręcenie noskiem z dezaprobatą czy brzuszkowe rewelacje – jak to bywało w przypadku znanych mi maluchów. Jakkowiek by nie było łatwo –, od początku uparcie trzymałam się swoich zasad i – póki co – nieustannie obserwuję tego efekty. Janek ma już ponad rok i – na chwilę obecną – wszystkie możliwe wskaźniki wskazują na to, że jest zdrowy. Dwa-trzy razy dziennie pije mleko, z apetytem i uśmiechem na twarzy zjada naturalny jogurt, kwaśne owoce i niczym nie przyprawione brokuły, ziemniaki oraz szpinak. Z ochotą popija czystą wodę, nie przepada za żadnymi chrupkami (choć w celu złagodzenia bólu ząbków podjęłam parę powściągliwych prób nauczenia go zjadania takiej niesłonej przekąski) i nigdy nie grymasi. Choć mnóstwo osób mówi nam, że po prostu „tak się trafiło”, że Jaś jest chętny do jedzenia i że „mamy szczęście”, ja uważam, że w dużej mierze doprowadził do tego i fakt CO mu się podaje i w JAKI sposób.

Na swoim blogu (Pozytywne żywienie przyp. autorki), opublikowałam niedawno tekst, który wywołał ogromną burzę – emocjonalną i aprobującą. W swoim wpisie podsumowałam szereg rozmów z innymi mamami, które wytrwale starały się dobrze żywić swoje maluchy, a wszystkie ich wysiłki w dużej mierze zaprzepaścili dziadkowie, wujkowie i życzliwi znajomi. Fala komentarzy i maili utwierdziła mnie w przekonaniu, że w zasadzie w co drugim domu pojawia się ten sam problem. „Zabieranie dzieciństwa” to jeden z argumentów dziadków, którzy wręcz na siłę chcą nauczyć swoje wnuki jedzenia słodyczy, słonych paluszków czy innych niezdrowych przegryzek. W ich pojęciu, zdrowe żywienie to bujda, nie znajdująca uzasadnienia w dzisiejszym, „schemizowanym” świecie. Za nic nie przyjmują do wiadomości, że pewne sprawy da się rozwiązać inaczej – wybierając lepsze zamienniki zapewnić małemu człowiekowi lepszy start niż mieli oni sami. 

Choć czasem bywa trudno – nie poddaję się. W sumie, to stwierdzenie nie powinno mieć tu miejsca. Wszak są to nasze dzieci i nikt poza nami – Rodzicami – nie ma prawa decydować o ich życiu. Rzeczywistość jest niestety nieco inna i dobrych rad nie da się zliczyć nawet w setkach . Każdy przecież wie lepiej, każdy ma milion słów do powiedzenia, a wy – mamo i tato – siedźcie cicho boście niedoświadczeni i mało jeszcze wiecie o „prawdziwym” życiu.

Na moją korzyść działa jednak żywieniowy kierunek. Ilekroć ktoś próbuje powiedzieć lub zrobić coś, co mi się nie spodoba, spotyka się z negatywnym komentarzem lub przynajmniej – odpowiednim spojrzeniem. W takich chwilach żałuję wszystkich tych mam, które swoich decyzji nie mogą poprzeć żadną, naukową wiedzą, a patrząc na podejście „życzliwych”, dochodzę do wniosku, że nawet tytuł profesora nadzwyczajnego z dietetyki nic by tu nie zmienił. Zastanawia mnie też dlaczego interesy obcych dzieci tak bardzo zajmują wszystkich dookoła. Nigdy bowiem nie zdarzyło mi się powiedzieć komuś w twarz, że jego dziecko jest za grube, za chude, je niezdrowe batoniki czy zapycha się fast foodami. Nigdy wtedy, gdy mnie o to nie poproszono. Dlaczego więc mnie na okrągło wytyka się „zdrowe żywienie” i próbuje „przekierować” na swoje tory? Niezbadany teren. Przypuszczam, że nigdy się tego nie dowiem.

Niedawne badania potwierdziły, że to w jaki sposób, przez pierwsze trzy lata życia, żywimy nasze dzieci ma ogromny wpływ na to, jak będą się zachowywały w przyszłości. Dobre nawyki zaprocentują, złe – odezwą się w ciągu kilku lat. Choroby przewlekłe, niezakaźne, jak na przykład cukrzyca są bowiem efektem nieprawidłowej diety dziecka i braku ruchu. Jeśli maluch zostanie nauczony, że pewne rzeczy je się z umiarem, prawdopodobnie będzie kierował się tą zasadą w swoim dorosłym życiu. 

Programujemy nasze dzieci jak komputery. Na ich czyste dyski i pamięć wgrywamy programy takie jak: żywieniowe nawyki, dobre i złe zasady oraz zachowania. Jesteśmy pierwszymi nauczycielami naszych pociech. Od nas uczą się tego co dobre i tego co niewłaściwe. Programując, musimy zmienić również i siebie, bo to na naszym przykładzie, ci mali niedorośli będą bazować w przyszłości. Programujemy dla świata. Po to by nasze brzdące były zdrowe i nie bały się życia. Życia w świecie, który z roku na rok staje się coraz bardziej sztuczny i okrutny. Programujemy po to, by syn czy córka byli po prostu szczęśliwi. I taka właśnie idea powinna przyświecać każdemu z nas. Rodzicom.

Powodzenia!

CHCESZ NA BIEŻĄCO OTRZYMYWAĆ NOWĄ PORCJĘ TEKSTÓW I PRZEPISÓW?
POLUB MNIE NA FACEBOOK-U


Powyższy tekst ukazał się 


You Might Also Like

8 komentarze

ZOBACZ RÓWNIEŻ