Najnowsze Posty

Z PAMIĘTNIKA MAMY - Mały przejadek

By 20:00 , ,


" Jedenastomiesięczny Jaś jest typowym syneczkiem mamusi. Fakt ten potwierdza nie tylko fizyczne (dosłownie!) przywiązanie, klasyczny „lęk separacyjny” czy pewne cechy charakteru ale i nawet… sposób, a raczej tryb odżywiania. Tak, tak. Nie zmyślam wcale. Jest właśnie tak jak piszę – O D Ż Y W I A N I A. Jesteście ciekawi? Czytajcie dalej!

Większość z bliskich mi mam wciąż narzeka na swoje pociechy. Że mało jedzą – albo że wcale nie jedzą, że plują, płaczą, cudują albo trawią tylko słodycze. Gdy nadchodzi moment posiłku, staczają ogromne boje o to, by w otchłani zgrymaszonej mordki, przynajmniej raz na godzinę, ukryć choć jedną, głupią łyżeczkę. Wyobraź więc sobie moją przerażoną minę, kiedy to mniej więcej w połowie ciąży, z każdej możliwej strony napierały na mnie życzliwe ostrzeżenia. Jak karmić, kiedy nie karmić, jak nie PRZE-karmić, jak latać za niejadkiem, jak wygrać z alergikiem, złośnikiem i roztrzepańcem. Jak żyć … Grrr. Miałam dość!

Strach był tym większy, że z czasem niektóre z nich przyznawały się do nieco bardziej radykalnych kroków. By ich dziecko zjadło już COKOLWIEK (a tym samym zwiększyło swoją mizerną, tudzież szczypiorkową masę) – podsuwały mu słodkie ciacha, paluszki lub fastfooda. Tak, tak. To najprawdziwsza prawda. Też byłam w szoku. Ty nie? Aaaa – bo masz pewnie niejadka, rozumiem. Serio.

Podobnych rewelacji wysłuchiwałam w temacie wysypek skórnych, wymiotów czy kolorowych, pachnących fiołkami kupek, które w powiązaniu z alergią pokarmową, „zachwycały” wszystkie moje znajome. To miało skazę białkową, tamto uczulenie na gluten, jeszcze inne na … wszystko co zdrowe i pożywne. Hę ?
Im bliżej było porodu, tym mocniej bałam się nie tyle samego rozwiązania, co późniejszej egzystencji z Jaśkiem. Czyżby i mnie czekał żywieniowy koszmar, który miał nijak nie współgrać z moimi dietetycznymi ideami i wyobrażeniami?

Gdy urodził się Jaś, wreszcie mogłam się o tym wszystkim przekonać. Ilość dobrych rad jakie otrzymałam w czasie tych dziewięciu miesięcy znacząco przekroczyła liczbę porad dietetycznych, jakich zdążyłam udzielić w czasie całego okresu swojej kariery zawodowej. Na szczęście – nie wszystko było aż tak tragiczne, jak to malowały. Miałam w ogóle nie spać – spałam nawet całkiem całkiem (o ile można to nazwać spaniem). Miałam się zaniedbać i wyłączyć z życia społecznego – szybko zrzuciłam ciążowy brzuszek i razem z Jankiem wyruszyłam na podboje towarzyskie i krajoznawcze. Miałam mieć ogromne problemy z samą sobą – skończyło się na mini baby bluesie i jakoś to przebolałam. Otoczenie również. Tak myślę. Hmm…

 „Sielanka” trwała jeszcze jakieś dobre dwa miesiące. Nijak źle nie było, bo Jasiek wydawał się dzieckiem spokojnym i o ile noszonym – bezproblemowo pozwalającym na wszystko. Coś tam płakał, ale ręce skutecznie Go z tego leczyły. Fakt – było to uciążliwe, ale – wciąż nie takie straszne jak wyobrażenia matkowych weteranek. „Zło” przyszło z czasem.  Chyba musiało. Karma?

- Nie doceniasz swojego dziecka!
- Boże, ile ja bym dała, żeby moja córcia miała taki apetyt. Nie wiesz co mówisz!
- Ale On pięknie waży! Mój to nawet na dwa lata tyle nie ma. A Ty narzekasz!

Jan od samego początku był dzieckiem wiecznie nienajedzonym. Czy była to pierś, czy podstawiona na próbę butelka – wciąż był głodny i zjadał o wiele więcej niż jego rówieśnicy. Początkowo ta ilość przekładała się nawet na niewielkie rewelacje ze strony układu pokarmowego, ale z czasem – wszystko się unormowało. Przy tym - masę ciała miał w porządku, zdrowie na najwyższym poziomie, a energii tyle, że sama niejednokrotnie Mu jej zazdrościłam. Rozszerzanie diety było dla mnie bajką, bo czegokolwiek bym Mu nie dała – wszystko zjadał z największym apetytem. Brokuły, kalafior, ryby, mięso, a obecnie nawet jogurt naturalny – wszystko wcinał z uśmiechem, pomrukiem zadowolenia i bez oznak jakichkolwiek brzuszkowych problemów. Powiesz – dziecko idealne. Twoje szpinaku się nie chwyci. No może. Ale wiesz w czym tkwił problem? Że On był i jest studnią bez dna. Baaaardzo głęboką.

7.30 rano – śniadanie. Jasiek je butlę mleka wymieszaną z kleikiem kukurydzianym. Jakieś 200 mililitrów. Chwilę później młóci ze mną chleb z masłem i żółtko z jaja kurzego – inaczej mogłabym zapomnieć o śniadaniu. Nie mijają dwie godziny, a już domaga się kolejnej butelki. Niewielkiej, na szczęście. Na obiad spokojnie zje miskę gęstej zupy, o gramaturze większej niż duży słoiczek dla niemowląt. Na tym nie koniec, bo oczami zjadłby i to, co na talerzach mają rodzice. O ile coś jest w miarę jałowe – dostaje odrobinę, jeśli nie – lepiej żebyś się schował z tą zupą lub ziemniakami w ciemnych czeluściach piwnicy. Big Brother Jan widzi wszyyyystko! Dosłownie wszystko. Nic nie ujdzie Jego uwadze. Wypatrzy każde ziarnko ryżu i każdą nitkę makaronu. Nawet gdy wyjeżdżamy w teren – muszę mocno się zabezpieczać. Chleb z masłem lub odrobina porcji obiadowej w pudełku – to już standard. Inaczej – nie zjadłbyś spokojnie nic, gdy On patrzy. Jadłby na okrągło.

Zapewne pouczysz mnie teraz, że nie tędy droga. Że taka ze mnie specjalistka, a z małym brzdącem poradzić sobie nie potrafię. Że powinnam nauczyć Go zjadać raz, a porządnie – nie tak na odwrót. A szczerze? Próbowałam! Nie oduczę. Mój mały chłop lubi sobie tak zjeść – identycznie jak mamusia. Mało, a często. I choć dla większości byłby to powód do radości, często zastanawiam się co jest gorsze: niejadek i latanie za nim z łyżeczką, czy przejadek z którym nigdzie nie wyjdziesz, jeśli nie masz za pasem jedzeniowego arsenału? Więcej nerwów stracę podczas pokojowego maratonu z talerzem zupy czy w czasie posiłku w restauracji, która w swoim menu ma same mocno przyprawiane, niedopuszczalne dla dzieci (w mojej opinii) produkty i dania? W jednym i drugim przypadku jest płacz i cudowanie. Pytanie tylko – w którym więcej, mocniej i głośniej? Jak myślisz?

Jan od początku wykazywał mocne podobieństwo do swojej mamy  – również i w gestii żywienia. Choć ja raczej jadam mniej, podobnie jak On – często sięgam po przekąski (zdrowe!). Na żaden produkt spożywczy nie miewam alergii (a pfu pfu), a na widok swojego ukochanego makaronu czy łososia mogłabym zabić krzykiem. Uwielbiam warzywa, owoce i mało słone posiłki. W torebce noszę przy sobie jabłko albo banana, a podczas wycieczki do centrum handlowego pierwsze czego szukam, to miejsca do spożycia. Różnice? Ja nie tyranizuję. Jaś – bez problemu i z typowym dla siebie zadęciem. Bardzo wytrwale. Chyba, że w końcu dostanie to, o co robi aferę. Zaryzykujesz? Nie radzę. W końcu - to moja krew :) "

CHCESZ NA BIEŻĄCO OTRZYMYWAĆ NOWĄ PORCJĘ TEKSTÓW I PRZEPISÓW? 
POLUB MNIE NA FACEBOOK-U


 Powyższy tekst ukazał się 




You Might Also Like

14 komentarze

ZOBACZ RÓWNIEŻ