Najnowsze Posty

Od kartki papieru do komputera

By 20:27 , ,

- A co Ty to piszesz? – spytałam starszą kuzynkę kilkanaście lat temu

- Pamiętnik. Nie przeszkadzaj mi teraz.
- A po co to robisz?
- Bo lubię.
- A czemu płaczesz?
- Bo tak! Idźże już!

Zaczęłam pisać gdy miałam mniej więcej jedenaście lat. Zafascynowana grubym, wyklejonym obrazkami i plakatami notatnikiem Eweliny, pewnego dnia kupiłam po prostu podobny zeszyt i nabazgroliłam swój pierwszy tekst.

„11.06.2001
Chyba dwie godz. temu był u mnie Konradek. Co chwilę był niezadowolony, płakał i wołał mamę Adzię. Nauczyłam go mówić „pani Władzia”. Gdy zapytałam go czy da mi swój balon, pokiwał główką.
Przed chwilą byłam u cioci B., żeby mi wytłumaczyła mantę. O Boże jeszcze tylko 8 matematyk i Wakacje.”

Był to mój pierwszy, oficjalny i na serio prowadzony dziennik. Znacznie wcześniej, bawiłam się w zapiski kalendarzowe pod tytułem: „dziś umarł mój ukochany piesek – Misia”, „jutro idę do spowiedzi przedkomunijnej”, „tata ma urodziny. Kupiłam mu dezodorant”. Bazgroły ośmiolatki, które już dawno poszły z dymem. Coś jednak zaczynało powoli kiełkować…

Wtedy jeszcze były to tradycyjne zeszyty przyozdobione dziesiątkami naklejek, z przypalonymi zapalniczką kartkami i ogromną ilością zdjęć wywoływanych z dreszczykiem emocji. Nie było przecież cyfrówek, a raz pstryknięta fotka nie nadawała się do żadnej obróbki. Jak zrobiłeś – tak wywoływali. I to było piękne. Brakuje mi tego czasami. Klisze.

Z typową dziecięcą infantylnością, opisywałam każdy dzień swojego arcyciekawego życia. Ciężkie zadanie z języka polskiego, krzywe spojrzenie sąsiadki czy ogromna kłótnia na śmierć i życie z przyjaciółką – to były tematy, które nie mogły nie znaleźć się w pamiętniku. Moje zapiski były idealnym odzwierciedleniem rzeczywistości do tego stopnia, że gdy w wieku kilkunastu lat, jeden z zeszytów gdzieś przepadł, szukała go cała moja rodzina. Każdy doskonale wiedział, że Majka nagryzmoliła w nim wszystko co tylko się dało – łącznie z rodzinnymi tajemnicami i faktami, które na światło dzienne wyjść nie powinny.

Skrobałam tak mniej więcej do lat siedemnastu, kiedy to mody weszły tzw. blogi internetowe. Miałam więc swój pierwszy photoblog – gdzie każdego dnia dodawało się jedno zdjęcie i krótką notatkę. Do tego dołączył również blog pamiętnikowy traktujący o mega ważnych problemach nastolatek. Do tej pory nie mogę uwierzyć w to, że publicznie pisałam takie dyrdymały. W dodatku, w denerwującym mnie obecnie typowym „sweet’’ języku młodocianych, a więc: niop zamiast tak, sql zamiast szkoła i z końcówką „q’’ zamiast ku (troszq, qpić, miśq itd.). Szybko mi jednak przeszło i na studiach ponownie przerzuciłam się na klasyczny papier czerpany. Drugi w kolejności blog poszedł w przestrzeń – nie chciałam by coś takiego krążyło jeszcze w sieci. A nóż widelec kiedyś będę sławna i ktoś wyciągnie to na czołówki gazet? :)

Pisanie zmieniło w moim życiu naprawdę wiele. Kiedyś, za dobre opowiadania, rozprawkę i wierszyk – dostawałam w szkole oceny celujące. Nieskromnie mówiąc, wróżono mi nawet humanistyczną i artystyczną przyszłość. Mojej wyobraźni nie było końca. W tamtych czasach potrafiłam w jeden weekend przeczytać „W pustyni i w puszczy”, zasnąć o 4 nad ranem po przeczytaniu kolejnego Pottera, a przez hurtową ilość pochłanianych książek – często myliłam jawę ze snem.

Byłam dzieckiem niesamowicie roztrzepanym i emocjonalnym, dlatego pisanie pomagało mi się jakoś poukładać, wyciszyć. Kochałam to do tego stopnia, że gdy w szkole średniej ruszył projekt „Dnia przedsiębiorczości”, jako jedna z nielicznych w swojej biol-chemicznej klasie, zamiast szpitala, gabinetu lekarskiego czy laboratorium, na praktyki wybrałam … redakcję Gazety Krakowskiej. Do dziś pamiętam emocje, które towarzyszyły zwiedzaniu dziennikarskich boxów, muzealnego podziemia czy nawet zwykłych gabinetów pełnych korkowych tablic z przypiętymi notatkami. To był raj! To było moje miejsce! Wyszłam stamtąd z postanowieniem, że kiedyś zwiążę z tym moją przyszłość. Naszą przyszłość.

W drugiej klasie gimnazjum, od chłopaka w którym się podkochiwałam, usłyszałam, że coś ze mną nie tak. „Nieco większa” – to zbyt delikatnie powiedziane. Nieświadomie wtórowała mu moja babcia, dla której "dobrze sobie wyglądałam''. W sumie, ich opinia dużo od prawdy nie odbiegała. Choć zawsze byłam chuda, w okresie dojrzewania zaczęłam mocno tyć. Pizza, chipsy, ciasteczka, cola, hamburgery – stanowiły wtedy podstawę mojego żywienia. Nie powiem – mocno mi to doskwierało, choć zmiana nawyków nie szła z tym w parze. Wybrałam więc drogę najgorszą z możliwych – jak typowa nastolatka i kobieta w desperacji.

Tabletki, herbatki przeczyszczające, później kompletne ograniczenie słodyczy, dalej chleba, mięsa, makaronu … W krótkim czasie, schudłam jakieś 16 kilogramów. Jadłam wtedy mniej więcej jedno jabłko, jogurt i marchewkę dziennie. Oszukiwać rodziców i bliskich było mi bardzo łatwo – od dawna byłam perfekcjonistką. Gotowałam dla wszystkich, choć sama tego nie tykałam. „Najadłam się przy próbowaniu’’ – tłumaczyłam. Ziemniaki ugniatałam w gazetę, mięso chowałam po kieszeniach, a zupy wylewałam do toalety. W pewnym momencie – zgubiłam w tym samą siebie. W każde możliwe miejsce zabierałam ze sobą tabele kalorii, spalania, ważyłam się niemal codziennie, po kilka razy. Przestałam wychodzić ze znajomymi bo to zawsze wiązało się z jedzeniem. Otarłam się o szpital, psychologów, długie, smętne rozmowy … Pomogła Przyjaciele. Bez nich – nie byłoby tego wszystkiego. „Będę dietetyczką. Chcę uświadamiać, że chudość nie jest warta tego horroru.” – poszłam na biolchem zamiast na wymarzony human. Później – szkoła wyższa – dalej w tym samym kierunku.

W wyborze studiów dużo rozminęłam się z prawdą. Miałam być dietetykiem, zostałam technologiem żywności. Wprowadzona w błąd, myślałam, że idę uczyć się o żywieniu, a  wkuwałam maszyny, procesy przetwórcze, walczyłam z matematyką, fizyką i gospodarką wodno-ściekową. Obłęd! Dopiero studia magisterskie – żywienie człowieka - umożliwiły  mi poszerzanie swoich horyzontów. Popełniony falstart nie uniemożliwił mi nauki tego o czym marzyłam. Przez całe 5 lat, ślęczałam nad podręcznikami z dietetyki, normami i jadłospisami. Dzięki temu – szybko uzupełniłam potrzebną mi wiedzę i umiejętności. I choć jako żywieniowiec, z dnia na dzień zyskiwałam coraz większy szacunek początkowo sceptycznie nastawionych bliskich i znajomych, wciąż brakowało mi pisania … Jak powietrza.

Ponad rok temu założyłam tego bloga. Początkowo, były tu same przepisy kulinarne i kulawe artykuliki żywieniowe. Wszystko bardziej językiem technicznym, naukowym. Przez lata – zapomniałam o dziecięcej wyobraźni i tzw. lekkości pióra. Bloga odwiedzała niewielka ilość czytelników, statystyki nie zachwycały. Zresztą – sama bym pewnie czegoś takiego nie czytała.

Gdy zaszłam w ciążę i większość czasu musiałam spędzić leżąc w łóżku, na poważnie zajęłam się pisaniem. Rozszerzyłam tematykę, rozluźniłam język, pokasowałam stare, sztywne wpisy. Po narodzinach Jasia, na krótko odłożyłam bloga na półkę. Szybko wróciłam bo wyczułam w tym wszystkim jakiś sens. Uwierzyłam, że dziecięca pisanina może być sposobem na życie. Rankingi poszybowały w górę, zaczęłam dostawać dziesiątki pozytywnych maili. Każdy komentarz, wiadomość, polubienie na Fb – dodawało mi siły i pchało do przodu. To było to!

Posypały się oferty, zaczęłam pisać teksty publikowane na portalach, w drukowanych bądź online czasopismach. W pierwsze, lepsze pieniądze wpatrywałam się chyba dobre, kilka godzin. Bliscy nie mogli uwierzyć, że za godzinne pisanie jakiegoś tam artykuliku jestem w stanie dostać tyle ile oni nie wyciągną w czasie jednej dniówki. Było bosko!

Nigdy nie ukrywałam, że blog miał być spełnieniem moich pasji ale i zarazem nadzieją na źródło dochodu. Pieluchy, mleko i inne gadżety swoje kosztują. Niewiele mam może sobie pozwolić na normalny, dobrze płatny etat przy kilkumiesięcznym dziecku. Większość z nich, po prostu ‘’siedzi w domu’’. W zasadzie, od urodzenia Jasia nie pamiętam co to jeden, wolny wieczór. Gdy tylko Go wykąpię i położę spać, siadam przed komputer i piszę. Piszę na zlecenie, piszę dla siebie, piszę dla Was.

Niejednokrotnie wynikały z tego różne kłótnie małżeńskie, rodzinne – bo moje zdanie często różniło się od powszechnie uznawanego, a czas w którym mogłabym posiedzieć przy drinku u znajomych, poświęcałam na ekran komputera i klawiaturę. I choć wiem, że na dłuższą metę to błędne koło, bo pełne obroty skutkują nieraz wypaleniem, to zdaję sobie też sprawę, że bez samozaparcia, wiary i regularności – nie osiągnę tego o czym marzę.

Z jednej strony chciałabym zostać tutaj – w spokojnej, rodzinnej miejscowości z szansą na własny, malutki domek z widokiem na Tatry KLIK. Bez miejskiego huku, masy spalin i zanieczyszczeń. Tam gdzie każdego znam i nie czuję się obco. Z drugiej jednak – ciągnie mnie wielkie miasto, duże redakcje i ogrom możliwości. Dom przecież można kiedyś kupić i tam. Spokój i bezpieczeństwo nie ogranicza się do jednego miejsca na ziemi.

Każdego dnia, staczam wewnętrzną bitwę ze samą sobą – co robić, gdzie uderzyć, jak to rozegrać? Umowy o dzieło, zlecenie to nie jest dobre źródło utrzymania dla kogoś kto ceni sobie stabilizację i bezpieczeństwo. Freelancer brzmi może i nieźle ale nie leży w granicach moich potrzeb i mojego rozsądku. Również i praca w domu nie jest pracą, która na dłuższy dystans mnie pociąga. To o czym marzę to redakcja z krwi i kości. Prawdziwe dziennikarskie biura, boxy, notatniki. Burze mózgu, projekty o szerokim zasięgu, kontakt ze znanymi osobami. Marzę o własnej rubryce, imieniu i nazwisku umieszczonym pod tekstem w świetnym czasopiśmie. Marzę o pracy, która jest pasją, a jednocześnie utrzymuje. Do sanepidu, zakładu przetwórstwa owoców czy laboratorium zapewne dostanę się bez trudu. Średnia krajowa, od siódmej do piętnastej, wolne weekendy, wczasy pod gruszą. Ale … to nie dla mnie!

Większość ludzi siedzi z założonymi rękoma i narzeka, że nie jest tak jakby oni chcieli, że to nie ich czas, nie ich miejsce. Że praca nie satysfakcjonuje, że nie zarabiają tyle, a tyle, że każdego dnia walczą ze sobą by wstać, ubrać się i wsiąść do samochodu. Można i tak ale ja nie chcę! Kiedyś usiądę w bujanym fotelu, w otoczeniu swoich dzieci, wnuków, może nawet prawnuków i powiem im jedną, jedyną na świecie prawdę. Coś co powinno być sensem naszego istnienia. Drogą, którą powinniśmy zawsze dążyć. Celem, który winien być dla nas największą wartością i spełnieniem:
- Niczego Kochani w życiu nie żałuję! Zrobiłam wszystko co mogłam, by spełnić swoje marzenia! Postawiłam na jedną kartę i jeśli nawet nie zawsze było tak jak w moim planie – nigdy nie zarzucę sobie, że nie próbowałam.


„Lepiej zgrzeszyć i żałować, 
niż żałować, że się nie zgrzeszyło”
[z dedykacją dla Przyjaciółki z dzieciństwa - B.]


CHCESZ NA BIEŻĄCO OTRZYMYWAĆ NOWĄ PORCJĘ TEKSTÓW I PRZEPISÓW?
POLUB MNIE NA FACEBOOK-U

You Might Also Like

18 komentarze

ZOBACZ RÓWNIEŻ